Nawigacja

Gospodyni Prymasa

Artykuł pochodzi z tygodnika Kontakty, nr 22 (1282) z 2005 roku. Autor: Gabriela Szczęsna.
Zachowano oryginalną pisownię.


Prymasa Tysiąclecia po raz pierwszy zobaczyła na własne oczy w Łomży, podczas uroczystości milenijnych w roku 1966. Stała w tłumie ludzi, słuchała jego przesłania i niespodziewanie pomyślała o swojej siostrze: ona to ma szczęście!

Siostra Walentyna była gospodynią księdza Bolesława Kozłowskiego, ich kuzyna, proboszcza parafii w Andrzejewie. To drugiej, po niedalekiej Zuzeli, gdzie się urodził, miejsce bliskie sercu kardynała Wyszyńskiego. Tu spędził dzieciństwo, tu na cmentarzu spoczywają jego matka i siostra. Z reguły zawsze przyjeżdżał bez zapowiedzi, by pomodlić się przy ich mogile w kościele, gdzie przyjmował Pierwszą Komunię Świętą.

- Był rok 1970. Pewnego dnia moja siostra pojechała na zakupy do Warszawy, a ja do Andrzejewa, żeby zastąpić ją na plebanii - wspomina Władysława Świerdzewska. - Nagle słyszę: "Prymas przyjechał!" Przed kościołem natychmiast zgromadzili się ludzie. Tak było zawsze, bo każdy znał samochód kardynała. Biegnę i ja z moją trzyletnią wnuczką Beatką. A Prymas odwraca się do niej i pyta: "A ty czyja jesteś?". Bardzo dobrze znał parafian z Andrzejewa. Jeśli jednak nie kojarzył czyjegoś pokrewieństwa, wcale się tego nie wstydził i z zainteresowaniem słuchał wyjaśnień o rodzinnych powiązaniach. Moja wnuczka odpowiedziała rezolutnie, a ja zapraszam Prymasa na plebanię. A on znowu zwraca się do Beatki: "Ty mnie prowadź, dziecko". Wzięli się za ręce i ruszają, a ludzie za nimi. Nigdy nie zapomnę tego wzruszającego widoku. Zaczynam krzątać się przy posiłku. Odwracam się, a moja wnuczka siedzi na kolanach Prymasa, dotyka jego sutanny i docieka: dlaczego ma czerwone guziki, a wujek czarne. A on z wielką powagą i cierpliwością jej odpowiada.

Nie zdarzyło się, aby w czasie pobytu na plebanii w Andrzejewie kardynał nie usiadł w werandzie. Tu szczególnie lubił wspominać swoje andrzejewskie dzieciństwo...

Niebawem Władysława Świerdzewska spotkała się z Prymasem w Andrzejewie, kiedy przyjechał, aby odprawić mszę święta z okazji 60. rocznicy śmierci matki.

Wracającego do stolicy Prymasa należało odprowadzić do granicy diecezji. Towarzyszący mu wówczas biskup łomżyński Mikołaj Sasinowski i parafianie już szykowali się do drogi, kiedy Prymas powiedział: "Dziękuję wam, kochania, ale jak tylko stad ruszę, będę miał opiekunów do samej Warszawy". Wszyscy zrozumieli tę żartobliwa aluzję do śledzących go esbeków.

Zmarła siostra Władysławy Świerdzewskiej. Ks. Bolesław Kozłowski zaproponował, aby teraz ona poprowadziła mu gospodarstwo na plebani.

- Andrzejewo przyzwyczajone było do niespodziewanych przyjazdów Prymasa, ale za każdym razem przezywaliśmy to spotkanie tak samo: z wielką radością, wzruszeniem. Kto pierwszy dostrzegł jego samochód, natychmiast powiadamiał sąsiadów, a oni swoich. Ludzie rzucali wszystko i gnali przed plebanię – wspomina Władysława Świerdzewska. – A on zawsze to doceniał i dziękował, że dla niego zostawili pilną pracę w polu, czy zagrodzie.

Któregoś dnia znowu ktoś wpada na plebanię z wieścią o przyjeździe Prymasa. "Co to będzie pani Władziu?! Przecież jeszcze do obiadu daleko!", zamartwiał się wikariusz Adam i pobiegł witać dostojnego gościa. Opanowałam się i mówię: "Zatrzymaj Prymasa na dwadzieścia minut, ale już zapraszaj na obiad!". Po kilkunastu minutach wchodzi Prymas i zwraca się do księdza Adama: "Czy to ty tak zarządziłeś, że pojadę do Zuzeli później, niż zamierzałem?". "Nie! to szefowa!" i wskazał na mnie. Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Obiad był z tego, co miałam pod ręką: zupa jagodowa, kurczak, kotlety schabowe. Prymas jadła z apetytem i na koniec zwrócił się do mnie: "Nigdy przedtem nie jadłem tak wspaniałej zupy jagodowej. Bardzo dziękuję". A potem poprosił, żebym usiadła. I rozmawialiśmy w cztery oczy. Właśnie wtedy podarował mi egzemplarz Nowego Testamentu z dedykacją. Nigdy się z nim nie rozstaję. A nasze rozmowy w cztery oczy odbyły się niejednokrotnie. Udzielał mi mądrych rad i podnosił na duchu w różnych sytuacjach. Emanowała od niego dobroć, życzliwość, dostojeństwo i skromność za razem. To cecha ludzi wielkich.

Zmieniła się gospodyni andrzejewskiej plebani. Władysława Świerdzewska zamieszkała w Łomży. Któregoś dnia wybrała się do Andrzejewa z synem, synową i wnukami. Atu niespodzianka: "Prymas przyjechał!". Była też inna niespodzianka: okazało się, że akurat proboszcza nie ma, a wikariusz odsypia właśnie powrót z meczącej podróży na Śląsk. Co robić?!

- Co prawda nie byłam już gospodynią, ale... Rozgrzewam tłuszcz na patelni, rozbijam jajka... A tu wchodzi Prymas. Rozstawiamy talerze, kroimy chleb. Goście siadają za stołem, zaczynają jeść, a ja myślę, czy jajka ścięły się, jak trzeba. Nagle Prymas z uśmiechem wskazuje pusty talerz i mówi: "Nigdy przedtem nie jadłem tak wspaniałej jajecznicy. Bardzo dziękuję!". Na pożegnanie podarowałam mu słoik miodu z naszej pasieki. Powiedział: "Zabiorę ze sobą do Warszawy i ten andrzejewski smak...".

- Wtedy spotkałam się z Prymasem po raz ostatni... Było to spotkanie wesołe i wzruszające - wspomina Władysława Świerdzewska - Po posiłku z jajecznicą gospodyni proboszcza poprosiła Prymasa o odprawienie mszy świętej w jakiejś intencji. Wręcza mu pieniądze, a on śmieje się i mówi: "Dopiero proboszcz dałby mi burę, że zbieram pieniądze w jego parafii! Już nigdy nie mógłbym się tu pokazać!". Na pożegnanie podarował mnie i mojej rodzinie różańce. Na swoim codziennie modle się za niego i do niego...

Kiedy oglądała film o latach uwięzienia Prymasa, w odtwórcy jego roli widziała nie Andrzeja Seweryna, ale właśnie Stefana Wyszyńskiego.

- Każdemu, kto go poznał, stawał się bliski - mówi. - Miałam to wielkie szczęście spotkać go na mojej drodze życia. Ja, zwyczajna dziewczyna z Tabędza koło Zambrowa.